Obrazy do noszenia – wystawa dr hab. Moniki Zawierowskiej-Łozińskiej

Serdecznie zapraszamy do fotorelacji z wystawy dr hab. Moniki Zawierowskiej-Łozińskiej pt. „Obrazy do noszenia”. Wystawę można było obejrzeć w Galerii ZPAP przy ulicy Piwnej 67/68 w Gdańsku od 12 lipca do 1 sierpnia 2019 roku.



Polskie Radio Koszalin  – rozmowa Katarzyny Kużel z dr hab. Moniką Zawierowską-Łozińską


Wywiad z dr hab. Moniką Zawierowską-Łozińską:

  1. Jesteś absolwentką PWSSP w Gdańsku, z pracowni Jerzego Krechowicza.

Zakładamy, że te studia stanowiły bazę dla twojego dalszego rozwoju artystycznego.

Jaką znaczenie miała dla Ciebie właśnie ta baza, w dalszych poczynaniach twórczych?

Najpierw było malowanie po ścianach w domu, w którym czekałam na powrót mamy z pracy. Ściana się zmieniała i dostawała nowe życie wraz z nowymi doświadczeniami z podwórka, obserwacjami ludzi i zwierząt. Były też małe karteczki, na których produkowałam serie ptaków i kwiatów. Byłam bardzo blisko przyrody za sprawą podróżowania z moimi rodzicami. W szkole trafiłam do pracowni grafiki i tam panowałam nad dłutami w linorycie i rylcami w suchorycie. Na mojej Alma Mater, (w moich czasach nie było komputerów na uczelni) pochłonęła mnie grafika warsztatowa i plakat – i takie skróty z zapleczem myśli najbardziej mnie pociągają. Całe moje młode życie obserwowałam innych twórców i jedyne książki jakie kupowałam to książki przyrodnicze, albumy z reprodukcjami sztuki i plakatami, a to za sprawą mamy, która skończyła kierunek grafiki na Uniwersytecie Toruńskim. Ilustrowane książki dla dzieci również były dla mnie albumami sztuki. Duży wpływ na moje warsztatowe poszukiwania miała wystawa Józefa Wilkonia, którego ilustracje do książek wyznaczyły mój kierunek plastyczny. Spotkanie z Władysławem Hasiorem, któremu zadawałam nieskończoną ilość pytań podczas organizacji wystawy (a miałam około 5 lat) pokazało mi wielowymiarowość sztuki i różnorodność mediów. Mój wybór pracowni Prof. Jerzego Krechowicza był jasny od pierwszego roku studiów, ale doceniam bardzo upór stawiania mnie na właściwe tory graficzne i Tomasza Bogusławskiego i Jacka Staniszewskiego, który wtedy zaczął być asystentem w pracowni Prof. Krechowicza. Jednocześnie dostawałam bardzo dużą swobodę działania i to mnie uskrzydlało.

Wszyscy wykładowcy, z którymi miałam do czynienia na uczelni, włącznie ze studiami za granicą* – chętnie opowiadali. Opowiadanie to nie jest prosta forma wypowiedzi, a profesor Jerzy Krechowicz ma dar mówienia o konkretnej dla Ciebie ważnej rzeczy w taki sposób, że uruchamiają się wszystkie zwoje mózgowe. Naprowadza Cię, do tego z humorem, na Twoje własne, skrystalizowane myśli w taki sposób, że rozumiesz, że to co wiesz, jest istotne. We wszystkich rozmowach niby o niczym, jest bardzo ważne przesłanie i wpadasz na coś nieoczekiwanie i masz satysfakcję, że nie powiedział Ci tego wprost, a Ty wiesz – i każdy z nas z takiej rozmowy wyciągał zupełnie coś innego, ale równie wartościowego i filozoficznego. Skrót myślowy – który daje wiele możliwości interpretacji – to stosuję w swoich pracach i daje odkrywać na nowo, przy każdym następnym spojrzeniu. Myślę, że dzięki temu potrafię rozmawiać teraz z moimi studentami, z którymi prowadzę pracownie ilustracji, typografii i komunikacji wizualnej w Instytucie Wzornictwa Politechniki Koszalińskiej w Koszalinie. To, mam nadzieję zostało mi po tych latach w uczelni. I samodzielność. Poznałam przekrój wszystkich szkół, technik ze wszystkich stron Polski, wszystkie mieszały się w akademiku PWSSP na ul. Chlebnickiej – to była druga szkoła. Wszystkie pracownie graficzne, malarskie oraz tkaniny nie były dla mnie specjalnym wyzwaniem, bo dobrze się czułam w każdym z tych mediów. Wyzwaniem była ceramika, ze względu na wolny tryb wykonania dzieła, określoność materiału, ograniczenia w formie wypału i ostatecznie zostawiłam ją sobie na „po studiach” 😉

*(to był pierwszy oficjalny wyjazd stypendialny do Irlandii, Dublina, National College of Art and Design – na kierunek Komunikacja Wizualna)

  1. Co zawdzięczasz swojej Mamie jako kontynuatorka profesji artysty plastyka?

Mama Marysia to pierwsze kontakty ze sztuką, z artystami, którzy poznawali mnie jako dziecko, a na uczelni w Koszalinie byli i są moimi kolegami – dydaktykami; to odwaga poszukiwania i wyborów technik, zastępowania ich i mieszania, co często było wynikiem braków materiałów plastycznych; to praca nad muralami, wychowanie opiekunek dziecięcych w liceum medycznym, gdzie wprowadzane programy plastyki były na mnie i ze mną testowane. To ona pozwalała mi nie jeść przez pół dnia, bo biegałam z psami sąsiadów na spacery. To Marysia pozwalała mi układać wigwamy ze swoich blejtramów, organizować teatrzyki kukiełkowe dla podwórkowych znajomych, zachwycała się dziurami wyciętymi w parasolu i maszerowała ze mną przez miasto w burzy na bosaka. Bardzo wspierał ją w tych działaniach tato Ryszard, ucząc mnie łowić, naprawiać rower, strzelać z procy i łazić po drzewach. Maria zapoznała mnie z ogromną ilością odcieni i barw zielonego z obrazów Piotra Potworowskiego i pokazała mi pierwsze cierpliwe grafiki Józefa Gielniaka, pierwsza zaprowadziła do pracowni Andrzeja Dyakowskiego. Mama Marysia robiła ogromne tkaniny na osnowie zrobionej przez Ryszarda na drzwiach mojego pokoju, więc sztuka była ze mną zawsze. Prace introligatorskie przez nią projektowane, wciągały wszystkich sąsiadów i były dodatkowym źródłem zarobkowania, więc klej, tektura, i papier były wszechobecne. Sposoby zdobienia wymyślałyśmy same – tu każdy miał prawo do eksperymentu i to zostało mi do dziś – nie wyrównuję do techniki lub technologii i nie mogę nawet liczyć na powtarzalność w ceramice – powtarzalność druku zostawiam komunikacji wizualnej, którą zajmuję się na co dzień.

  1. Jaki wpływ na Twoją twórczość ma praca dydaktyczna, kontakty ze studentami?

    Czy można się od nich czegoś uczyć?

Dydaktyka była procesem naturalnym – po prostu zawsze się do tego przykładam, a przykłady i mentorów miałam wspaniałomyślnie dobrych – jak wspomniałam wcześniej, lubili się dzielić wiedzą. Najważniejsze po latach wydaje mi się to, że daję studentom robić błędy. Czekam i wracam do zagadnienia jak temat dojrzeje – sami robią korekty i czasami mnie zaskakują, co jest bardzo przyjemne. Nikogo nie ograniczam technikami i programami, nawet namawiam do pracy prostej manualnie – czyli wykorzystania papieru, nożyczek i pędzla. Jeśli to pójdzie dobrze, to cała reszta to tylko głaskanie tematu. Nie staram się ogarnąć i nauczyć wszystkich programów i nowoczesnych technik, którymi posługują się studenci – są to bardzo różnorodne zestawy w zależności od ich indywidualnych potrzeb spełnienia i pasji – chcę, żeby potrafili się cieszyć swoją twórczością. Dzięki temu widzę wielu naszych absolwentów z IWPK spełnionych i znanych w świecie i sztuki i designu.

 

  1. Jakie niebezpieczeństwa czyhają na artystę plastyka, który w swojej pracy chce polegać głównie najnowszych osiągnięciach technologicznych?

     Czy uprawianie sztuki ceramicznej, również niesie takie zagrożenia?

Rozważny artysta plastyk pewnie uniknie wpisywania się w modę. Mądry poszuka własnej, wyraźnej drogi plastycznej. Oczywiście zdarza się, że na rynku np. ilustratorskim, pojawią się plastycy posługujący się tymi samymi narzędziami w bardzo różny sposób i tacy którzy przez przejście w media cyfrowe przestają być rozpoznawalni. Ale moda pociąga za sobą niebezpieczeństwo unifikacji. Zdaję sobie jednak sprawę, że zrobienie metrowej rzeźby z brązu w technikach tradycyjnych i zaprojektowanie rzeźby z polimerów za pomocą drukarki 3D może wymagać równie skomplikowanych narzędzi i czynności a nawet kosztów – tylko bardzo ważna rzecz je odróżnia – unikalność i jednostkowość.

Nie jestem ceramikiem, ale grafikiem – dla mnie ceramika, a w szczególności porcelana stała się świetnym podłożem do ilustracji. Trochę mnie uczy pokory, bo jestem raptusem, a prace w porcelanie wymagają cierpliwości i wielokrotnego powracania do pojedynczych obrazów.  Najpierw powstaje podkład, wysycha, wypalam go, maluję, szkliwię, wypalam, nakładam lustry, wypalam, obmyślam oprawę, oprawiam i jest… czasami wracam i zmieniam oprawę, zmieniam tło i znowu jest… te procesy trwają latami, ale lubię je, bo wystarczająco szybko muszę reagować w pracy dydaktycznej i projektowej – ten ceramiczny teren jest zupełnie mój i tu nikogo nie słucham… (no… czasami męża NormanaJ)